Ostatni ślub w Czarnobylu: para, która pobrała się w trakcie katastrofy nuklearnej

    • Autor, Jordan Dunbar
    • Stanowisko, BBC World Service
    • Relacja z, Czarnobyl, Estonia i Niemcy
  • Czas czytania: 10 min

Było tuż po północy. Iryna Stecenko skończyła robić paznokcie na swój ślub, otworzyła drzwi balkonowe i walczyła z nerwami, próbując zasnąć.

W pobliskim mieszkaniu, pełnym gości, jej narzeczony Serhij Łobanow spał na materacu w kuchni.

Nagle ciszę zakłócił „huk" — wspomina Iryna. „Było tak, jakby nad naszymi głowami przelatywało wiele samolotów, wszystko buczało, a szyby w oknach drżały."

Serhij mówi, że „poczuł wstrząs, jakby przeszła jakaś fala", pomyślał, że to lekkie trzęsienie ziemi, i ponownie zasnął.

19‑letnia przyszła nauczycielka i 25‑letni inżynier pracujący w elektrowni z niecierpliwością wyczekiwali wspólnego życia małżeńskiego w nowo wybudowanym radzieckim mieście Prypeć. Nie mieli pojęcia, że niespełna 4 kilometry dalej dochodziło do największej w historii katastrofy nuklearnej.

Reaktor numer cztery w elektrowni w Czarnobylu — na terenie dzisiejszej północnej Ukrainy — eksplodował, uwalniając materiały radioaktywne, które rozprzestrzeniły się na dużą część Europy.

Czterdzieści lat później silnie radioaktywne pozostałości elektrowni znajdują się na obszarze objętym działaniami wojennymi. Para mieszka dziś w Berlinie. Musieli uciekać drugi raz — tym razem przed konfliktem zbrojnym, a nie katastrofą nuklearną.

Serhij wspomina, że rankiem 26 kwietnia 1986 roku obudził się około szóstej rano, pełen ekscytacji, i odkrył, że dzień jego ślubu rozpoczął się słonecznie.

Miał do załatwienia kilka spraw. Chciał zawieźć pościel do mieszkania przyjaciela, gdzie tej nocy planowali z Iryną spać, oraz kupić kwiaty.

Mówi, że na zewnątrz zobaczył żołnierzy w maskach gazowych oraz mężczyzn polewających ulice pieniącym się roztworem. Niektórzy z jego znajomych z pracy w elektrowni jądrowej powiedzieli mu, że zostali pilnie wezwani, bo „coś się stało", ale nie wiedzieli co.

Gdy wyglądał z wieżowca, w którym mieszkał jego przyjaciel, zobaczył dym unoszący się nad reaktorem numer cztery.

Później okazało się, że strażacy i pracownicy elektrowni spędzili całą noc, ryzykując śmiertelnymi dawkami promieniowania, próbując opanować ogromny, toksyczny pożar.

„Poczułem lekki niepokój," mówi. Korzystając ze swojego przeszkolenia, wziął kawałek materiału, zmoczył go i umieścił przy wejściu do mieszkania, aby zapobiec przedostawaniu się radioaktywnego pyłu.

Następnie pobiegł na targ. Jak na sobotni poranek był on wyjątkowo pusty, więc wybrał pięć tulipanów do bukietu.

Iryna, która nocowała z matką w rodzinnym mieszkaniu, mówi, że przez całą noc dzwonił telefon. Jej matka — jak wspomina — była „zaniepokojona" telefonami od sąsiadów, którzy mówili, że wydarzyło się „coś strasznego". Nie mieli jednak żadnych szczegółów.

W Związku Radzieckim informacje były ściśle kontrolowane. Włączyli radio, ale nie było żadnej wzmianki o incydencie.

Rano jej matka zadzwoniła do władz: „Powiedziano jej, żeby nie panikowała — wszystkie zaplanowane wydarzenia w mieście mają odbyć się zgodnie z planem."

Oficjalnie wszystko toczyło się jak zwykle. Dzieci wysłano do szkoły.

Później tego dnia panna młoda, pan młody i goście pojechali kolumną samochodów do Pałacu Kultury, znanego z organizacji zarówno uroczystych wydarzeń, jak i popularnych dyskotek.

Przysięgę złożyli, stojąc na tkaninie wyhaftowanej ich imionami, a następnie wraz z gośćmi przenieśli się do pobliskiej kawiarni.

Jednak — jak wspomina Serhij — przyjęcie weselne było „smutne", a nie radosne. „Wszyscy rozumieli, że coś się stało, ale nikt nie znał szczegółów".

Na pierwszy taniec przygotowali tradycyjnego walca. Ale wraz z narastającą świadomością, że rozgrywa się tragedia, „już od pierwszych kroków wypadliśmy z rytmu," wspomina Iryna. „Po prostu się objęliśmy i poruszaliśmy w uścisku."

Potem — wyczerpani, ale wreszcie jako mąż i żona — wrócili do mieszkania przyjaciela.

Jednak, jak mówi Serhij, we wczesnych godzinach niedzielnego poranka do drzwi zapukał inny znajomy, informując ich, by spieszyli się na pociąg ewakuacyjny, który miał odjechać o 5:00 rano.

Jedyną dodatkową częścią garderoby, jaką Iryna miała przy sobie, była zwiewna sukienka na drugi dzień uroczystości, więc ponownie włożyła suknię ślubną, by szybko wrócić do mieszkania matki i się przebrać. Do tego jej buty obtarły jej stopy. „Miałam na sobie suknię ślubną i biegłam boso przez kałuże," wspomina Iryna.

Było jeszcze ciemno, gdy z okna pociągu zobaczyli poświatę zawalonego reaktora. Jak mówi Serhij, było to „tak, jakby patrzyło się w oko wulkanu".

Oficjalny komunikat, gdy w końcu się pojawił, określał ewakuację jako „tymczasową".

„Wyjechaliśmy na trzy dni, a zostaliśmy na całe życie," dodaje.

Związek Radziecki był szeroko krytykowany za opieszałość w ujawnianiu skali katastrofy. Dopiero dwa dni po wybuchu — gdy promieniowanie wykryto w Szwecji — przyznano, że doszło do wypadku. Minęło ponad dwa tygodnie, zanim radziecki przywódca Michaił Gorbaczow publicznie zabrał głos w tej sprawie.

Test bezpieczeństwa zakończył się katastrofą. Szacunki przywoływane przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (IAEA) oraz Światową Organizację Zdrowia sugerują, że eksplozje uwolniły 400 razy więcej materiału radioaktywnego niż bomba zrzucona na Hiroszimę.

W chwili zdarzenia Nikołaj Sołowjow pracował jako główny inżynier w hali turbin.

„To było jak trzęsienie ziemi pod naszymi stopami," wspomina. „Zobaczyliśmy zapadający się dach… W naszą stronę uderzył podmuch powietrza, przynosząc czarny pył… I zawyła syrena."

Mówi, że wraz z kolegami pobiegli na miejsce zdarzenia, sądząc, że eksplodował generator — nie wyobrażali sobie, że mógł to być sam reaktor.

Jak wspomina Nikołaj, jeden z nich sprawdził monitory i powiedział, że poziom promieniowania „wykracza poza skalę".

Znaleźli też innego kolegę stojącego na jednej z turbin — wyglądał na nietkniętego, ale wymiotował, co jest objawem choroby popromiennej. „Był jednym z pierwszych, którzy zmarli," mówi.

Oficjalna liczba ofiar śmiertelnych katastrofy wynosi 31 osób — dwie zginęły w wyniku samej eksplozji, 28 zmarło w kolejnych tygodniach z powodu ostrej choroby popromiennej, a jedna osoba zmarła na skutek zatrzymania akcji serca.

Szerszy wpływ katastrofy pozostaje sporny i trudny do oszacowania. W tamtym czasie nie przeprowadzono kompleksowych, długoterminowych badań medycznych.

W 2005 roku badanie przeprowadzone przez kilka agencji ONZ wykazało, że w wyniku wypadku mogło umrzeć około 4 tysięcy osób. Inne szacunki sugerują, że liczba ta mogła sięgać dziesiątek tysięcy.

Rozpoczęto operację mającą na celu powstrzymanie uwalniania promieniowania z uszkodzonego reaktora.

Śmigłowce zrzucały na niego piasek i inne materiały. Władze sprowadziły setki tysięcy ludzi z całego Związku Radzieckiego, aby opanować skutki katastrofy.

Ekstremalnie wysoki poziom promieniowania powodował awarie maszyn, dlatego część prac musiała być wykonywana ręcznie.

Jaan Krinal i Rein Klaar zostali skierowani do pracy z Estonii, wówczas będącej częścią Związku Radzieckiego. Należeli do grupy wysłanej do usuwania gruzu z dachu reaktora numer trzy.

„Nosiliśmy ołowiane płyty — jedną z przodu, jedną na plecach i jedną między nogami. To było ciężkie, ważyło 20 kilogramów lub więcej," mówi Jaan.

„Na głowie mieliśmy standardowy radziecki kask budowlany — do tego gogle, rękawice i dozymetr [do pomiaru promieniowania] w kieszeni," dodaje.

Rein wspomina, że kierowano ich do pracy w krótkich, jednominutowych turach, aby ograniczyć narażenie na promieniowanie.

„Nikt tak naprawdę nie wiedział, co się dzieje… Nie było czasu na myślenie," mówi.

Gdy rozpoczęto usuwanie skutków katastrofy, Iryna i Serhij zatrzymali się u jej babci, około 300 kilometrów dalej, w obwodzie połtawskim na wschód od Kijowa.

Kilka dni po przyjeździe lekarze monitorujący ewakuowanych pod kątem promieniowania przekazali im nieoczekiwaną wiadomość — Iryna była w trzecim miesiącu ciąży.

Wspomina, że rozpłakała się, gdy dowiedziała się, że lekarze ostrzegają, iż narażenie na promieniowanie mogło wpłynąć na nienarodzone dzieci, i radzą kobietom, które mogły zostać napromieniowane, przerwanie ciąży. „Bałam się urodzić dziecko i bałam się dokonać aborcji."

Jednak życzliwa lekarka zachęciła ją do kontynuowania ciąży, a Iryna urodziła zdrową córkę — Katię. Po latach została ona matką, a Serhij i Iryna mają dziś 15‑letnią wnuczkę.

Para uważa, że katastrofa nuklearna wpłynęła na ich zdrowie, choć nie zostało to potwierdzone przez lekarzy.

Iryna musiała przejść operację wszczepienia endoprotez obu kolan i sądzi, że promieniowanie mogło osłabić jej kości. Oboje uważają również, że promieniowanie mogło być czynnikiem zawału serca, którego Serhij doznał w 2016 roku — tydzień po wizycie w swoim rodzinnym mieście, Prypeci.

Jaan, który kieruje organizacją zrzeszającą estońskich byłych likwidatorów, mówi, że niektórzy z nich borykali się z problemami zdrowotnymi, ale nie zaobserwowano „powszechnych zachorowań na nowotwory", których początkowo się obawiano.

Dodaje, że w 1991 roku zmarło 51 estońskich likwidatorów, w tym 17, którzy odebrali sobie życie.

Nikołaj, inżynier pracujący w hali turbin, w chwili katastrofy był żonaty i miał dwóch synów. Wrócił do pracy w elektrowni i niedawno przeszedł na emeryturę. Jego młodszy syn wstąpił do ukraińskiej armii po rozpoczęciu przez Rosję pełnoskalowej inwazji w 2022 roku, ale od września 2023 roku uznawany jest za zaginionego w akcji.

Sama elektrownia jądrowa wymaga stałego monitorowania i konserwacji.

Betonowy sarkofag nad reaktorem numer cztery został ukończony zaledwie siedem miesięcy po katastrofie. Z czasem jednak stał się niestabilny i w 2016 roku nałożono na niego nową, metalową osłonę o wartości 1,3 miliarda funtów (1,8 miliarda dolarów), aby zatrzymać wycieki.

W znacznej części „strefy wykluczenia" wokół elektrowni poziom promieniowania jest dziś na tyle niski, że możliwe są krótkie wizyty, jednak nikt nie może tam legalnie zamieszkać. Wciąż istnieją miejsca o niebezpiecznie wysokim poziomie promieniowania — zarówno w samym zniszczonym reaktorze i jego pobliżu, jak i w takich obszarach jak „Czerwony Las", który został silnie skażony.

Budynki Prypeci — niegdyś uznawanej za symbol młodzieńczego optymizmu i radzieckiej technologii — dziś stoją opuszczone i popadają w ruinę, w tym Pałac Kultury, w którym Serhij i Iryna złożyli przysięgę małżeńską.

Wewnątrz nowej kopuły komin reaktora numer cztery pozostaje przejmującą ruiną, pokrytą surową, szarą betonową powłoką, pod lśniącą metalową konstrukcją wystarczająco wysoką, by pomieścić Statuę Wolności

W 2022 roku rosyjskie siły wjechały czołgami na teren elektrowni, biorąc personel jako zakładników na pięć tygodni, zakładając miny i kopiąc okopy.

W ubiegłym roku dron przebił nową osłonę reaktora. Ukraina oskarżyła Rosję o atak na elektrownię — czemu Kreml zaprzeczył. Poziom promieniowania nie wzrósł, jednak Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (IAEA) poinformowała, że osłona utraciła swoją „podstawową funkcję bezpieczeństwa".

Serhij i Iryna przeprowadzili się do Niemiec w 2022 roku po tym, jak mieszkanie ich córki w Kijowie zostało trafione rakietą. Ich małżeństwo, które rozpoczęło się w obliczu niepewności i tragedii, nadal stanowi dla nich oparcie.

„Myślę, że naprawdę musieliśmy przejść przez pewne trudności w życiu, aby zrozumieć, że… nie możemy żyć jedno bez drugiego."

„Po 40 latach mogę z całą pewnością powiedzieć, że jesteśmy jak nić z igłą," mówi Iryna. „Wszystko robimy razem."

Dodatkowy reportaż: Paul Harris i Ellie Jacobs

Ten tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu zostały użyte narzędzia AI, jako część projektu pilotażowego.

Edycja: Kamila Koronska