Podziemny koszmar w Nepalu: powódź uwięziła w tunelach setki pracowników elektrowni

Mężczyzna w wojskowej kurtce i żółtym kasku klęczy w gęstym błocie. Ma na sobie uprząż, do której przymocowana jest lina. Wyciąga rękę do innego mężczyzny, który wygląda, jakby ugrzązł w błocie. Ratowany mężczyzna ma na sobie czerwoną koszulę.

Źródło zdjęcia, EPA/Shutterstock

Podpis zdjęcia, Prawie 300 pracowników zdołało uciec lub zostało uratowanych z tuneli pod kompleksem elektrowni. Setki innych wciąż są zaginione
    • Autor, Binita Dahal, BBC Nepali
  • Data publikacji
  • Czas czytania: 4 min

Priya Kharel ma nadzieję, że jej brat wciąż żyje.

Milan, inżynier w nepalskiej elektrowni wodnej blisko granicy z Tybetem, jest zaginiony od środy, gdy na pograniczu obu krajów doszło do gwałtownych powodzi.

Przez himalajskie doliny przetoczyła się fala lodowatej wody, błota i gruzu. To jedna z najtragiczniejszych klęsk żywiołowych w historii Nepalu.

Zdesperowana Priya ruszyła do dotkniętego katastrofą dystryktu Nuwakot. Od niemal tygodnia przeszukuje szpitale i przegląda listy ofiar śmiertelnych. Niektóre z relacji ocalałych dały jej nadzieję.

„Ci, którzy wrócili z elektrowni, powiedzieli, że w tunelu są ludzie," powiedziała w wywiadzie dla nepalskiego serwisu BBC. „Jeśli wojsko szybko do nich dotrze, uda się ich uratować".

Młody mężczyzna z brodą uśmiecha się do aparatu. Jest ubrany w czarną czapkę, ciemne okulary przeciwsłoneczne i jasnoniebieską koszulkę marki Puma. Za nim widać wąski wodospad spływający po stromym, porośniętym mchem zboczu.

Źródło zdjęcia, Priya Kharel

Podpis zdjęcia, Milan Kharel, jeden z zaginionych pracowników elektrowni

Setki pracowników elektrowni wodnej zaginęły po tym, jak oberwanie się himalajskiego lodowca wywołało gwałtowne powodzie w pobliskich dolinach. Zjawisko miało tak ogromną siłę, że początkowo zostało zarejestrowane jako trzęsienie ziemi.

Fala wody, gruzu i błota zmyła drogi, mosty i szkoły; pokryła wioski gęstą warstwą szlamu i porwała całe rodziny. Nepalski rząd informował w poniedziałek o ponad 900 ofiarach śmiertelnych i 3 925 zaginionych.

Katastrofa uderzyła też w dynamicznie rozwijający się nepalski przemysł hydroenergetyczny. Służby ratunkowe usiłują wydostać z zalanych tuneli osoby pracujące przy kilkunastu projektach.

„Jesteśmy przy wejściu do tunelu. Podnosimy ręce," mówił jeden ze współpracowników Milana, któremu udało się skontaktować z nepalską rządową infolinią. W czwartek został uratowany wraz z trójką kolegów.

Shanti Mahat, rzeczniczka nepalskiej agencji ds. katastrof, poinformowała, że do niedzieli z dotkniętych powodzią obszarów wydostało się 279 pracowników elektrowni. Niektórym udało się uciec; inni doczekali ratunku.

Dwóch ubłoconych mężczyzn siedzi na pokrytym gruzem zboczu. Obok nich klęczy ratownik w stroju kamuflażowym i żółtym kasku ochronnym. Trzyma dłoń na ramieniu jednego z ocalonych mężczyzn. Po lewej stronie stoi drugi ratownik, również w kurtce kamuflażowej.

Źródło zdjęcia, EPA/Shutterstock

Podpis zdjęcia, Dwóch pracowników uratowanych przez wojsko

Jednak dotarcie do reszty uwięzionych okazało się trudniejsze.

Buldożery i koparki usuwają ze zboczy wzgórz grube warstwy błota i gruzu. Po udrożnieniu dróg dojazdowych ratownicy mogą być zmuszeni do wysadzania fragmentów skał i ścian tuneli.

W jednej z lokalizacji żołnierze wywiercili otwór w ścianie tunelu, by wpuścić do środka powietrze i dostarczyć uwięzionym żywność. Według lokalnych mediów w środku znajduje się około 30 osób.

Brat Priyi, Milan, może znajdować się w 10-kilometrowym tunelu na terenie częściowo ukończonej elektrowni Upper Trishuli-1.

Z uwięzionymi tam osobami nie ma obecnie kontaktu; według władz mają ograniczony dostęp do żywności i wody pitnej. Jednak oficer łącznikowy projektu, Giri Adhikari, apeluje, by nie tracić nadziei.

„Nadal powinni mieć źródło tlenu," powiedział Adhikari nepalskiemu serwisowi BBC. „Wierzymy, że osoby w środku wciąż żyją".

Dwóch ratowników w czerwonych hełmach i pomarańczowych kamizelkach odblaskowych wisi na linach u wejścia do tunelu elektrowni wodnej Trishuli 3A w nepalskim dystrykcie Rasuwa.

Źródło zdjęcia, Reuters

Wielu pracowników zatrudnionych przy projekcie pochodzi z zagranicy - w tym z Korei Południowej, Indii i Chin.

W ostatnich latach w Nepalu intensywnie rozwijała się energetyka wodna. Atutami kraju są rwące rzeki, bogate zasoby wodne i stromy teren.

W dłuższej perspektywie władze mają nadzieję nie tylko zaspokoić krajowe zapotrzebowanie, ale też eksportować energię elektryczną - przede wszystkim do sąsiednich Indii.

Miniony tydzień dotkliwie unaocznił jednak zagrożenia dla sektora i zatrudnionych w nim osób.

Zbiorowy pochówek ofiar powodzi w nepalskim dystrykcie Chitwan. Dwójka policjantów w białych kombinezonach ochronnych idzie wyciętą w dżungli błotnistą ścieżką, niosąc na noszach owinięte białą płachtą ciało.

Źródło zdjęcia, EPA/Shutterstock

Z każdym dniem zmniejszają się szanse na bezpieczny powrót zaginionych pracowników.

W prowizorycznych kostnicach na pograniczu Nepalu i Tybetu zaczyna brakować miejsca. Setki ciał ofiar powodzi czekają na identyfikację. Władze zaczęły chować poważnie zniszczone szczątki w masowych grobach.

Według policji pobierane są też próbki DNA, które mają pomóc rodzinom rozpoznać bliskich.

Władze obiecują, że będą dokumentować każdy pochówek i oznaczą każdy grób unikalnym numerem seryjnym. Zobowiązały się też do przeprowadzenia sekcji zwłok, gdy tylko będzie to możliwe.

Młody mężczyzna uśmiecha się lekko do kamery. Ma krótkie ciemne włosy, okulary i starannie przystrzyżoną brodę. Jest ubrany w ciemny garnitur w prążki, białą koszulę i wzorzysty krawat. Na czole ma niewielki czerwony znak. Stoi na tle biurowego korytarza, wzdłuż którego rozwieszono kolorowe światła.

Źródło zdjęcia, Anushila Bhandari

Podpis zdjęcia, Aurus Bhandari, zaginiony inżynier przy projekcie Upper Trishuli-1

Na wieści czeka też Anushila Bhandari. Nie traci nadziei, że jej mąż Aurus wciąż żyje.

Aurus, inżynier budownictwa, przez siedem lat pracował przy projekcie Upper Trishuli-1. Anushila mówi, że bliscy bali się o jego bezpieczeństwo - ale on kochał swój zawód.

„Każda praca wiąże się z ryzykiem," mawiał.

W środę rano Aurus zadzwonił do żony, by ostrzec ją przed nadchodzącą powodzią. „Uważaj na siebie," powiedział.

Od tamtej pory nie miała od niego żadnych wiadomości.

Tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu użyto narzędzi AI, w ramach projektu pilotażowego.

Opracowanie: Joanna Kozłowska