Czy przez influencerów zdrowotnych czujemy się gorzej?

Kobieta w czerwonym polarze patrzy na zielony smartwatch. Ma lekko zmartwiony wyraz twarzy. Za nią widać korony drzew i latarnię.

Źródło zdjęcia, Getty Images

    • Autor, Margaryta Maliukova
    • Stanowisko, BBC Monitoring
  • Czas czytania: 6 min

Czy zdarzyło wam się wpisywać swoje objawy do wyszukiwarki lub prosić o „diagnozę" chatbota AI?

Jeśli tak, nie jesteście sami. Według mediów prawie połowa dorosłych w Wielkiej Brytanii szuka w sieci informacji dotyczących zdrowia, a 30% brytyjskich lekarzy korzysta ze sztucznej inteligencji podczas konsultacji.

Jednak według ekspertów niektórzy influencerzy promują nieskuteczne lub niebezpieczne metody leczenia, a także niepotrzebne badania przesiewowe. Jedna z blogerek twierdziła, że wyleczyła raka dzięki diecie i ćwiczeniom.

Treści w mediach społecznościowych mogą też prowadzić do zaburzeń psychiki, które przekładają się czasem na fizyczne objawy.

Efekty nocebo i Barnuma

Australijska influencerka Belle Gibson zarobiła tysiące dolarów, przekonując obserwujących, że wyleczyła raka dzięki ćwiczeniom, diecie i medycynie alternatywnej. Federalny Sąd Australii nałożył na nią grzywnę. O przypadku Gibson pisze brytyjski dziennik The Independent.

Skąd popularność treści dotyczących zdrowia? The Independent cytuje tłumaczenie byłej korespondentki BBC, Deborah Cohen. Według Cohen influencerzy oferują nam natychmiastowe poczucie wsparcia. Natomiast służba zdrowia często działa powoli; niektórzy pracownicy mogą też traktować nas w sposób, który wydaje się lekceważący lub nieczuły.

Cohen dodaje, że dotyczy to szczególnie kobiet. Winą obarcza „medyczną mizoginię", która - jak twierdzi - wciąż jest powszechna w brytyjskiej służbie zdrowia. Uprzedzenia sprawiają, że niektóre pacjentki czują się samotne i niesłyszane.

„Uzyskanie diagnozy endometriozy lub zespołu policystycznych jajników (PCOS) może zająć kobietom lata. Tu do gry wkraczają media społecznościowe, dzięki którym chore czują się zrozumiane," mówi Cohen.

Młoda kobieta o czarnych włosach, w sukience w kolorowe wzory, oddala wzrok od obiektywu, patrząc na zabytkowy kościół o bielonych ścianach. Cerro Nutibara, Kolumbia.

Źródło zdjęcia, Getty Images

Podpis zdjęcia, Znany przypadek tzw. efektu nocebo pochodzi z Kolumbii. W 2014 r. setki młodych Kolumbijek zaczęły mdleć po szczepieniach przeciwko HPV.

Influencerzy nie tylko promują wąpliwe metody leczenia. Osoby słuchające ich opisów chorób są też narażone na tzw. efekt nocebo. Polega on na dostrzeganiu u siebie podobnych objawów jak te, o których słyszymy lub czytamy - a także przekonaniu, że wkrótce zapadniemy na podobną chorobę.

Przykładem jest przypadek z 2014 roku, gdy rosnąca liczba młodych Kolumbijek zaczęła mdleć po szczepieniach przeciwko HPV.

„Przekonanie, że [po szczepieniu] dostaną zawrotów głowy i zemdleją, szerzyło się w mediach społecznościowych," mówi Cohen. „Nie istniała żadna patologia ani organiczne przyczyny. Jedynie oddziaływanie umysłu na ciało – masowy efekt nocebo".

Istnieje również efekt Barnuma, nazywany też efektem horoskopowym.

W horoskopie zawsze znajdzie się jedno lub dwa zdania, które pasują do naszej sytuacji. Jak zauważa The Independent, podobnie jest z influencerami: gdy wymieniają szereg objawów, wielu z nas zacznie utożsamiać się ze słyszanym opisem.

Według Cohen pandemia koronawirusa i wzrost popularności TikToka sprawiły też, że staliśmy się mniej krytyczni wobec internetowych informacji o zdrowiu.

Choć nie wszyscy influencerzy są oszustami, odróżnienie prawdy od fałszu bywa trudne. Cohen radzi zastanowić się, dlaczego ktoś zdecydował się przekazać nam daną informację i kto może czerpać z niej zysk. Zaleca też kwestionowanie przedstawianych dowodów.

„Nie trzeba popadać w totalny nihilizm," mówi. „Wystarczy być trochę sceptycznym".

Niepotrzebne badania

Kobieta w beżowej bluzie patrzy na ekran telefonu. Na ekranie widoczna aplikacja do pomiaru tętna.

Źródło zdjęcia, Getty Images

Podpis zdjęcia, Efekt nocebo polega na dostrzeganiu u siebie podobnych problemów zdrowotnych jak te, o których czytamy lub słyszymy

Według brytyjskiego dziennika The Guardian influencerzy promują też kontrowersyjne badania, z którymi wiąże się ryzyko przediagnozowania.

Internetowe treści skłaniają zdrowe osoby do poddawania się procedurom, które są najprawdopodobniej niepotrzebne – informuje The Guardian, cytując dr Brooke Nickel, starszą badaczkę z Sydney Health Literacy Lab.

Należą do nich m.in. rezonans magnetyczny (MRI) całego ciała i badania krwi na poziom testosteronu. Innym przykładem jest test na hormon anty-Mullerowski (AMH), mający ocenić liczbę komórek jajowych.

Kim Kardashian, Paris Hilton i inni promowali niegdyś MRI jako kompleksowe badanie całego ciała. Jednak wiodące instytucje medyczne odradzają takie praktyki.

Według dr Nickel badanie MRI pozwala wykryć nowotwory w bardzo wczesnym stadium, które prawdopodobnie nie rozwiną się ani nie rozprzestrzenią za życia danej osoby.

Jednak świadomość ich istnienia może niepokoić i skłaniać do poddawania się niepotrzebnym zabiegom, w tym radioterapii i poważnym operacjom chirurgicznym.

Osobny artykuł w The Guardian cytuje badanie opublikowane w czasopiśmie medycznym BMJ Open. Opisuje ono przypadki kobiet po mastektomii, które usłyszały od chirurgów, że zabieg był niepotrzebny: wykryte u nich nowotwory mogły nigdy nie rozwinąć się do stadium zagrażającego zdrowiu.

Choć przy niektórych nowotworach wczesne wykrycie ma kluczowe znaczenie, w przypadku innych może prowadzić do nadmiernego leczenia – ostrzegają eksperci.

Badanie AMH

Młoda kobieta w seledynowej bluzie stoi na plaży, trzymając na rękach małe dziecko. Dziecko ma na sobie bluzę w podobnym odcieniu zieleni. Jest owinięte w biało-czerwony koc. Kobieta pochyla głowę w dół, patrząc na nie z uśmiechem.

Źródło zdjęcia, Getty Images

Podpis zdjęcia, Badania płodności, jak test AMH, mogą skłaniać zdrowe kobiety do niepotrzebnych zabiegów in vitro lub kosztownego zamrażania komórek jajowych

Badanie na poziom hormonu anty-Mullerowskiego (AMH), wytwarzanego w pęcherzykach jajnikowych kobiet, jest często reklamowane jako test płodności.

Choć może być przydatne w ramach leczenia in vitro - u kobiet, które mają problemy z zajściem w ciążę - nie jest wiarygodnym wskaźnikiem płodności wśród szerszej populacji, przekonuje The Guardian.

Według dr Nickel badanie może mieć negatywny wpływ na psychikę zdrowych kobiet. Wywołuje nieuzasadnione poczucie presji czasu, skłaniając kobiety do kosztownego zamrażania komórek jajowych lub niepotrzebnych zabiegów in vitro.

Badania testosteronu

Z kolei promowane wśród mężczyzn badania testosteronu mają sprawdzać, czy mamy „optymalny" poziom tego hormonu.

Jak mówi dr Nickel, badania mogą skłonić mężczyzn do stosowania suplementów testosteronu, które niosą ryzyko skutków ubocznych. Należy do nich zakrzepica i upośledzenie płodności; niektóre badania powiązują też suplementy z ryzykiem chorób serca.

Dr Nickel ostrzega przed wszechobecnymi reklamami promującymi nadmierne badania - zwłaszcza w mediach społecznościowych, które czasem pozwają firmom ominąć przepisy regulujące marketing medyczny.

Jak mówi dr Nickel, profilaktyka jest niezwykle ważna - ale „tak naprawdę sprowadza się do właściwego odżywiania, ćwiczeń fizycznych, dobrego snu, zdrowych relacji, zwracania uwagi na objawy i konsultacji z lekarzem, gdy jest to konieczne."

Tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu zostały użyte narzędzia AI, w ramach projektu pilotażowego.

Edycja: Marlena Zagórska i Joanna Kozłowska